Ernst Reijseger

Čtvrtek v 22:24
Słucham płyty Ernsta Reijsegera, którego chcę nagrać E.

E. ma dużą kolekcję płyt LP. Wiele z nich kupił jezscze w latach 50., m.in. w Stanach. To raczej spokojna muzyka. Dużo klasyki, w stylu Elvisa Presleya, np. płyta wydana z okazji jego pobytu w wojsku w RFN-ie. Dlatego zmieniłem początkowy plan podrzucenia mu Niemena Strage is this world. Pomyślałem o spokojnych i ascetycznych dźwiękach z jednej z płyt E. Reijsegera, w której słychać głównie wiolonczelę, i dużo ciszy pomiędzy dźwiękami. Coś pięknego.

Pierwszy raz słuchałem jej 11 lat temu w Szczecinie u Pacyfki. I chociaż teraz słyszę ją już któryśsetny raz, nagle poczułem tamten moment w pokoju Pacyfki, tamto wrażenie, nawet smak pacyfkowego jedzenia, śmieszne to i ciekawe, trochę jaka taka mała podróż w czasie. Spędziłem wtedy kilka dni w kawalerce Kazika i Pacyfki, wiele godzin, które utkwiły mi w pamięci. Poszedłem wtedy kupić zeszyt do kiosku i pisałem w tym zeszycie.

Exemplum.

I dalsze ciche rozmowy. W ogóle: cicho bardzo. Książki na półkach, kubek po herbacie, plecak na dywanie, na stole książki, papateria, ciuchy na krzesłach, ja siedzę i cicho sobie piszę.
*
Nie chciałem zasypiać, ale mój organizm się tego domagał bezlitośnie. Obudziłem się dopiero po 14:00. Podniosłem głowę: Kazik śpi. Pacyfki nie ma w domu.
Ciekawe, co wytrąciło mnie ze snu?
Gorąc. Zza okna gorąc. Żaluzje zasłonięte, komputer włączony (czyżby Kazik pracował jeszcze?), ale monitor się nie świeci. Słychać wentylator. Zrobiłem sobie herbaty i usiadłem na kanapie.
Wypiłem herbatę. Zrobiłem drugą. Stoi ona przede mną, a z jej powierzchni unoszą się smugi pary. Gorąca jest.
Zjadłem razową kromkę z serem. Chleb odpoczywał na szafce w kuchni, a przy chlebie nóż. Ukroiłem więc sobie śniadanie, żeby nikogo już więcej nie trudzić.
Zamieszałem cukier w herbacie i przysunąłem ją do siebie z zamiarem wypicia. Wypiłem.
We wszystkich tych czynnościach towarzyszyła mi cisza i spokój (spokojny szum zza okna, samochody). Ciche ściany tego mieszkania spozierały na mnie cierpliwie i tylko brzęczący nieustannie wentylator procesora w komputerze wyłamywał się ponad panujący bezruch powietrza. Poza tym nic go więcej nie burzyło. Nawet śpiący Kazik. A może zwłaszcza on?
*
Trochę zaspany jestem. Pacyfka każe mi się przespać z godzinkę. Ja znalazłem na półce Ephraima Kishona i czytam. Wypiłem herbatę.
Zadzwonił Kazik. Nie wie jeszcze, czy wyrobi się przed dzisiejszym pociągiem do Warszawy. Jest 20:00. Pociąg o 23:00. Kazik zadzwoni jeszcze (za godzinę najpóźniej).
W kolumnach gra Ernst Reijseger.

Czytam sobie też inne zapiski i jestem po prostu w szoku. Ale nie będę raczej tutaj przytaczał, bo to już by było nieprzyjemnie powielanie treści. Postaram się jednak tutaj generować nowe zapiski. Na pohybel facebooka i innych takich.
Czytam sobie tak te zapiski i sobie myślę, że wtedy nie było facebooka. Świat był inny. Ludzie inni. Możliwa była taka sytuacja, żeby umówić się z drugim człowiekiem gdzieś i powiedzieć sobie, ze jeśli mnie nie będzie, to znaczy, że musiałem jechać, a jeśli będę, to nie, i się jedzie pół godziny autobusem i 15 minut na piechotę i się przychodzi, a tego człowieka nie ma.
 


Szybki wypad do Lwowa

15. května 2012 v 22:45
Po raz kolejny coś ze starej szuflady (i po raz któryś już stolica Galicji).

To był krótki wypad na 1 dobę, więcej czasu nie mieliśmy. W dodatku w Wielki Piątek. We Lwowie pojawiliśmy się w piątek rano. Wróciliśmy w sobotę rano. W sobotę w Rzeszowie mieliśmy mnóstwo atrakcji, więc trzeba się było śpieszyć.

Wieczorem w piątek poszliśmy do katedry łacińskiej na nabożeństwo wielkopiątkowe. Zajrzeliśmy też do cerkwi św. Piotra i Pawła, to znaczy dawnego kościoła jezuitów. Do tej pory świątynia służyła za magazyn książek biblioteki (dawnego) Ossolineum. W ub. r. zostały one wywiezione do nowego magazynu, a zamknięte zawsze drzwi zostały otwarte dla grekokatolików. Połamane balustrady i zniszczone czasem ale w znacznym stopniu zachowane wnętrza robią wrażenie.

Tradycyjnie sporo chodziliśmy. Jednak naszła mnie myśl, że może lepiej gdzieś usiąść? Posiedzieć? Choćby przesiedzieć cały dzień, nacieszyć się samą tylko obecnością we Lwowie? - - jako, że W.Piątek to post ścisły, co się jeszcze nałożyło na różne posty części wycieczki, nie mieliśmy okazji, żeby wejść do którejś z kawiarenek i napić się kawy. Co niebywałe - u Pani Ani (która jest nałogową kawoszką) wszyscy piliśmy herbatę. I to wszystko w mieście, w którym powstała druga w Europie kawiarnia (założył ją Jurij Kulczycki, uczestnik walk o Wiedeń 1683, gdzie jako łup wojenny otrzymał tureckie zapasy kawy).

A tak z innej beczki, znalazłem w internecie świetny film o Stanisławie Markowskim, o kórym pisałem w poprzedniej notce. Film pochodzi z roku 1998, to krótki film dokumentalny pt. Stworzyć wiatr, w reż. Mariusza Malca. Cz. 1 : http://www.youtube.com/watch?v=KjXfQ_teE0E, cz. 2: http://www.youtube.com/watch?v=NUwkBWfnT9U&feature=relmfu, cz. 3: http://www.youtube.com/watch?v=fx0u_ApObrc&feature=relmfu

Jest to naprawdę bardzo dobry, udany i wciągający film.










Bohaterek zdjęć chyba nie muszę przedstawiać :)

W Krakowie

3. května 2012 v 20:29
W środę i czwartek 24-25.04. byłem w Krakowie. Ostatecznie nie miałem zbyt wiele czasu na fotografowanie. Pojechałem na kurs foto. Pociąg miał przyjechać na stację półtorej godz. przed rozpoczęciem kursu. Tymczasem w momencie rozpoczęcia byłem dopiero w Bochni. Pociąg zatrzymał się na 2 godz. w Tarnowie, ale nie na stacji głównej, tylko stacyjkę dalej. Komentarze ludzi, którzy wsiadali w Tarnowie: "A jechał właśnie PKS do Krakowa". "A przed dworcem jest przecież przystanek PKS". A jedna kobieta do drugiej powiedziała z sarkazmem: "Ale będziesz miała Euro". Jakaś inna zaczęła wysiadać z pociągu. Konduktorka uspokaja: pociąg ruszy za ok. 20-30 minut. - A jest mi pani to w stanie zagwarantować? - Na pewno ruszy. - Ale może mi pani dać na to słowo? Ja muszę być o 16 w Krakowie. - Nie uzyskawszy odpowiedzi, rzuciła "Eeee!", machnęła ręką i wysiadła. Pociąg o 16:00 był jakieś 50 km przed Krakowem. W sumie zamiast 3,5 godz, jechał 5,5. Nie był ani tani, ani szybki. Nie wiem, czym kolei chce sobie zaskarbić pasażerów. Chociaż jedna rzecz mnie urzekła - w drodze powrotnej. Podczas 3,5-godzinnej podróży przeczytałem (nie mogąc się oderwać) pół kwartalnika Karta, zakupionego w Empiku w Krakowie, czego bym pewnie nie uczynił podczas np. 2-godzinnej jazdy.

W czasie kursu jeden z wykładów prowadził fotograf - Stanisław Markowski. Oto kilka zdań, które wypowiedział:

Patrząc na zdjęcie - wchodzę w ten czas, który minął. Nie ma fotografii bieżącej. Należy do przeszłości. Już jej nie cofniemy. Bo ona jest przynależna temu, co jest na zdjęciu.

Fotografia jest odbiciem rzeczywistości, ale nie lustrzanym. Jest częścią tej rzeczywistości.

Światło rzucone na kliszę/matrycę zostawia cząstkę materii, światło zmienia się w materię, choćby to był tylko nieznaczny promil fotografowanego obiektu (wynika to z fizyki, e=mc2). Gdy fotografujemy osobę, która potem zmarła, to ona tutaj w jakiejś części jest.

Podpis jest konieczny, nawet ***. Z szacunku do tego, kogo fotografujemy. 3 obowiązkowe informacje to miejsce, data i autor.

Wchodząc w fotografię wchodzimy w grę, która jest warta świeczki. A nawet dużo dużo więcej.

Fotografia może dać taki rodzaj siły i dystansu, że staniemy się wobec innych trochę innymi ludźmi.

Nie ma innej sztuki, która miałaby sama z siebie taką moc.

Dobry fotograf musi być pokorny. Ludzie najskromniejsi z możliwych.

Te rzeczy być może zanotowałem niedokładnie. Jednak zrobiły na mnie ogromne wrażenie, to, jak i to, czego nie zanotowałem.

Bieszczady

1. května 2012 v 11:51


























Ok. 6:00 w piątek ruszyliśmy w stronę trasy wylotowej z Rzeszowa w kierunku południowym. Już o 7:00 siedzieliśmy w samochodzie do Leska, a ok. 8:30 w Ustrzykach Dolnych, skąd już pieszo. I tak przez kolejne 3 dni, w czasie których zobaczyliśmy sporo niezwykłych miejsc, przeszliśmy wiele górek i pagórków, ścieżek, krzaków i bezdroży. Od czasu do czasu fotografując.

Góry

24. dubna 2012 v 0:00
Ostatnie rozmowy sprowokowały mnie do częściowego określenia się, czym są góry (dla mnie) i po co w nie jeżdżę. Padła sugestia, że po to, by się zmęczyć. Jednak tak nie jest. Owszem, zmęczenie daje czasem dużo satysfakcji. Ale przecież wiele razy wyjazd w góry polega na wędrowaniu dolinami, szczególnie w Beskidzie Niskim, gdzie góry są zalesione, a doliny - to odsłonięte krajobrazy po dawnych wsiach łemkowskich. Ciągną się kilometrami. Gdybym miał wybór, wolałbym iść bez plecaka, jednak często to niemożliwe, bo wolę iść do przodu, nie wracać do tego samego miejsca. A więc z plecakiem, w którym jest wszystko, co potrzebne: namiot, śpiwór i coś do jedzenia. W moim przypadku jeszcze aparat i czasem coś do pisania.

Góry mają to, czego nie mają np. niziny czy morze - które też w pewnych okolicznościach mogą dostarczać wielu podobnych doznań. Jednak w górach najbardziej doświadcza się wrażenia podobnego do oglądania różnych dzieł sztuki. Ciągle roztaczają się nowe widoki, zachwycają w inny sposób, bo inne jest ukształtowanie terenu, inna linia lasów, inny rodzaj trawy, inne niebo, ciągle wszystko inne, nowe. Przy czym niewiele chaosu, którego pełno w terenach zurbanizowanych. Jest takie miejsce w Bieszczadach, gdy idąc przez Rozsypaniec i Halicz, oczom ukazuje się niezwykła przełęcz, z formą terenu, która wygląda, jak gdyby niedawno wysunęła się spod ziemi. Wielki fragment skalny, przez który wiedzie mikroskopijna ścieżynka szlaku, którym ciągną malutcy piechurzy, nieświadomi, że są drobnym elementem tak monumentalnej kompozycji. I do których, po zejściu na tę przełęcz, samemu się za 15 minut dołączy. Taki widok jest tylko tam. Na następnym wzniesieniu roztacza się nowy. Takiego bogactwa krajobrazu i artystycznego piękna nie ma chyba na równych terenach. Można chodzić i się zachwycać. Czując jakiś rodzaj wyróżnienia.

Ciekawe, że po górach chodziło paru błogosławionych (Jan Paweł II czy bł. Pierre Georgio Frassati). Codzienność w dolinach bywa pełna szumu informacji, codziennego zaglądania do telewizji, gazet. Głód informacji, który w pewnym momencie sprawia, że człowiek traci dystans do rzeczywistości. Góry pozwalają spojrzeć z oddali. Z zewnątrz, jakby z góry na sprawy tego świata. I w ten sposób pozwalają się od tego oderwać - uwolnić.

Fakt, istnieją różne typy górskiej celebracji. Bo prócz wędrowania krajoznawczego, czyli turystyki kwalifikowanej, można po prostu jechać i konsumować. Płacić i wymagać. I wtedy to, co dotąd napisałem, stosuje się w niewielkim stopniu albo i wcale.

PS. By zachować konwencję tajemniczości, zaproponowaną przez Suyię na Jej blogu:
...jutro eskapada do stolicy królów.
Mam nadzieję, że uda mi się zrobić jakieś zdjęcia. Choć nie to stanowi cel wyprawy (aczkolwiek ów cel rzeczywiście fotograficzny, choć w całkiem innym sensie).

E-book o. Leona

20. dubna 2012 v 1:38

Jeśli ktoś lubi czytać albo słuchać o. Leona Knabita, albo chciałby sprawdzić, czy lubi, w sieci dostęny jest e-book Ojca Leona słów kilka..., unikatowe dzieło, dostępne tylko dla subskrybentów newslettera Poważne Sprawy - Poważne Odpowiedzi. Wystarczy zapisać się na listę tutaj (http://www.tyniec.benedyktyni.pl/ps-po/?p=10283), żeby otrzymać link do pobrania. Później można się od razu wypisać, choć ja z ciekawości tego nie zrobiłem. E-book jest niedługi, raptem 30 stron. W sam raz na jeden raz :) A napisany lekko, bardzo przystępnym, prostym językiem.

Przy okazji przypomniało mi się, co kiedyś (jakieś 10 lat temu) mówił o niebie mój kolega, Alan. Mówił, że każdy po śmierci stanie przed Bogiem - ale nie każdy wytrzyma tę miłość, którą Bóg jest. Jakoś mi to utkwiło w pamięci.

I mimo, że pewnie to będzie zupełnie nieogarnialne - cokolwiek się mówi o Bogu, jest totalnie różne od Boga - jak pisał mistrz Eckhart w średniowieczu - ale chyba coś w tym jest. Zbliżanie się do Boga jest zbliżaniem się do ognia. Ten ogień może palić. I pali, ale tylko to, co chwilowe, niestałe.

Bieszczady - kwiecień

19. dubna 2012 v 11:08

Niedziela w Bieszczadach. Na górze zimny wiatr. Miejscami dużo śniegu. Nawet w południe praktycznie nikogo nie było. Parkingi niemal puste, zamknięte kasy biletowe. Połoniny przykryte chmurami, które ani na chwilę nie odsłoniły widoków.

PS. Zdjęcie wykonał Mateusz.

Współczesny Holocaust

19. dubna 2012 v 0:14
27 kwietnia (już za parę dni) został ogłoszony Narodowym Dniem Pokuty za grzechy przeciwko życiu człowieka. Od 1956 do 1993, gdy obowiązywała narzucona przez komunistów ustawa aborcyjna, w Polsce zostało zabitych ponad 20 milionów dzieci nienarodzonych (!). Ten holocaust małych dzieci przerósł swoim ogromem śmierć, którą przyniosła II wś. Całe szczęście ustawa już dziś w Polsce nie funkcjonuje, choć ciągle każdego roku ginie - zgodnie z prawem - ok. 500 dzieci. Natomiast w Chinach morduje się ok. 35 tyś. dzieci... dziennie! Nawet już narodzonych (odpowiedzialna jest za to "polityka jednego dziecka", specjalne jednostki śledzą rodziny w poszukiwaniu "nielegalnych" dzieci, ciąże usuwa się nawet w 9 m-cu ciąży zaciągając kobiety siłą do klinik - to dzieje się bez sprzeciwu cywilizowanego świata, a nawet przy aprobacie! - np. Funduszu Planowania Rodziny przy ONZ*).

Fakty te sprawają, że zapiera dech. Trudno je ogarnąć, zrozumieć, uwierzyć. Zastanawiam się, jak upamiętnić tę rzeź... Post? Modlitwa? Istnieje wiele organizacji, które zajmują się tym problemem. Jednym z nich jest Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka, robiące wiele dobrego w tym temacie, zwiększając świadomość społeczną. Chwilami jest to jednak głos wołającego na pustyni, szczególnie, gdy ważne instytucje uznają prawo do aborcji za prawo człowieka (a co z prawem zabitego dziecka?).

Jest mnóstwo wypowiedzi świata nauki, które pozwalają spojrzeć na ten temat w sposób prosty i jasny (bez naciąganych argumentów o płodzie, który jakoby nie jest człowiekiem - bo to jest oczywista bzdura i propaganda). Jestem odpowiedzialny za 75 tysięcy sztucznych poronień wykonanych w prowadzonej przeze mnie klinice - pisze dr med. B. Nathanson. - Lecz obecnie nawróciłem się na stronę obrony życia. Nie jestem ciemniakiem ani człowiekiem prymitywnym. Nie jestem katolikiem ani protestantem. Jestem żydem i w dodatku kompletnym ateistą. Moje nawrócenie nie jest podyktowane ani motywami religijnymi ani etycznymi: jest ono wyłącznie naukowe i technologiczne. Po prostu doszedłem do wniosku, że nie ma żadnej różnicy między 12−tygodniowym a 28−tygodniowym płodem. Powinny być traktowane kompletnie tak samo. Dokonanie zabiegu przerywania ciąży jest dzieciobójstwem. Zabijany płód doznaje takich samych cierpień jak dorosły torturowany skazaniec.

Dr hab. med. Kinga Wiśniewska−Roszkowska (ginekolog): Pisząc o tym zabiegu w popularnych broszurach używa się medycznego określenia jajo płodowe, usunięcie części jaja itp., co sprzyja rozpowszechnianemu mniemaniu, że to jakieś jajo czy jakaś galaretka - w żadnym razie nie człowiek. Trzeba tu wyjaśnić, że nazwa jajo płodowe oznacza płód wraz z narządami zewnętrznymi (łożysko, błony płodowe), które umożliwiają mu życie w macicy i nazwa ta obowiązuje przez całe dziewięć miesięcy ciąży. Natomiast sam płód (zwany na początku ciąży zarodkiem) już w trzecim tygodniu życia przybiera kształty wyraźnie ludzkie, a pod koniec trzeciego miesiąca jest już dobrze rozwiniętym małym człowiekiem - wrażliwym i czującym, liczącym 9-10 cm wzrostu. Tego malca przy sztucznym poronieniu miażdży się i rozszarpuje na kawałki bez żadnego znieczulenia czy uśpienia, które stosuje się choćby u zabijanych psów i kotów. Dla tego małego, całkowicie bezbronnego człowieka nie ma żadnej litości i względów.

Wiele jasności w tym temacie daje jeden z bardziej uderzających dokumentów Kościoła, jakim jest Encyklika Evangelium vitae Jana Pawła II. Kiedyś sporo mi rozjaśniła. Tam też można znaleźć wiele o wartości życia ludzkiego, wielkiej wartości każdego człowieka. Mówi o absolutnej nienaruszalności niewinnego życia ludzkiego. I niestety postępującemu zacieraniu się w sumieniach i w społeczeństwie świadomości, że bezpośrednie odebranie życia jakiejkolwiek niewinnej ludzkiej ostocie, zwłaszcza na początku i na końcu jej egzystencji, jest absolutnym i ciężkim wykroczeniem moralnym. (EV 57).

Świadoma i dobrowolna decyzja pozbawienia życia niewinnej istoty ludzkiej jest zawsze złem z moralnego punktu widzenia i nigdy nie może być dozwolona ani jako cel, ani jako środek do dobrego celu. Jest to bowiem akto poważnego nieposłuszeństwa wobec prawa moralnego, co więcej, wobec samego Boga, jego twórcy i gwaranta; jest to akt sprzeczny z fundamentalnymi cnotami sprawiedliwości i miłości. (EV 57) Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to wstrząsające. Ten i wiele innych fragmentów tej rewelacyjnej Encykliki. Śmierć żołnierza - szczególnie walczącego w dobrej sprawie, w obronie rodziny czy swojego kraju przez terrorem i dyktaturą, jest czymś smutnym, ale łatwiej mi to przyjąć. Szczególnie, że ta śmierć jest uznana, bohaterska. Ma jakiś metafizyczny sens. Natomiast mordowanie dzieci - szczególnie jeszcze nienarodzonych - jest czymś tak okropnym, że - nie da się tego w żaden sposób ogarnąć. Z tego chyba powodu wielu nie zdaje sobie sprawy, z czym ma do czynienia (dlatego lepiej chyba mówić o ignorancji niż zamierzonej winie). Publicznie wypowiadając się za poszerzeniem możliwości legalnego wykonywania tego procederu. Czegoś, co powinno zostać w sprawiedliwym państwie totalnie zakazane. A osoby nawołujące do czegoś podobnego, odsunięte na margines albo w jakiś sposób obciążone podobnie, jakby nawoływały do ludobójstwa, nazizmu czy komunizmu (nb. za to ostatnie zdaje się nie grożą żadne konsekwencje). Przecież wypowiedź typu Jeśli kiedykolwiek mamy sobie poradzić ze zmianami klimatu w jakikolwiek fundamentalny sposób, radykalne rozwiązania po stronie społecznej są tym na czym powinniśmy się skupić.* - ma dokładnie tę samą rangę, co nawoływanie do eksterminacji żydów. Jednak takie wnioski można spokojnie głosić we współczesnej prasie, a wielu zachodnich polityków wiąże z takimi hasłami wiele nadziei (choć ta metoda regulacji miałaby sens chyba wyłącznie jeśli zostałaby przeprowadzona wobec tych polityków, jednak zdaje się, że tej opcji nie dopuszczają).

Świat staje na głowie. Czasem brakuje oddechu, bo nie widać nic ziemskiego, co daje nadzieję. Ciekawe, że wiele mediów podaje informacje, które wydają się wiarygodne (jeśli się specjalnie nie zastanawiać), a za rok czy pięć lat odkrywają swoją krótkowzroczność, jałowość, miałkość i bezpodstawność (jednak wtedy już są kolejne niusy, a o tamtych mało kto pamięta). Z kolei Pismo św. zachowuje pełną aktualność i przenikliwość. Nawet w takich sprawach, jak aborcja, która została już opisana, jako coś totalnie karygodnego.


Wiosna idzie : )

9. března 2012 v 18:18

Może i na razie na dywanie naszego pokoju, ale dobre i to :) Ta biedronka już od kilku dni pokazuje się na dywanie, mimo wytrwałego przekładania jej do kwietnika. Najwyraźniej zniecierpliwiona zbliżającego się wielkimi krokami ocieplenia aury.

Wandea i inne zbrodnie

26. ledna 2012 v 16:38
Temat takich rzeczy, jak ludobójstwo na Kresach interesuje mnie nie dlatego, że daje mi jakąś masochistyczą przyjemność drążenie tego tematu (są rzeczy z tej dziedziny, których staram się w ogóle nie czytać, jak choćby relacje naocznych świadków). Temat dawnych Kresów RP mimo wszystko kojarzy mi się głównie pozytywnie, był to ważny ośrodek kulturalny i duchowy (chodzi mi tutaj o ducha w sensie atmosfery, pewnej metafizyki). Jednak niepokojący jest fakt zamiatania tego rozdziału historii pod dywan. Dość wpomnieć, że chodząc do liceum i studiując historię, dowiedziałem się o tym dość późno, chyba nawet już po studiach. I nie dziwi mnie, że wielu ludzi w ogóle nie wie o tym, co działo się w latach 1943-44 na styku terenów zamieszkałych przez Polaków i Ukraińców. Szok.

Po co wałkować ten temat? Ano po to, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. Może dziś żyjemy w spokojnym momencie historii, jednak nie łudziłbym się, że tak będzie zawsze. Oczywiście chciałbym i mam nadzieję, że tak będzie, ale trzeba się o to choć odrobinę starać. Choćby badając ten temat, wskazując jako zagrożenie. Niepokojące jest to, że Ukraińcy, którzy mordowali polską ludność cywilną (mieszkańców polskich wsi, kobiety, dzieci...) mówią: trudno, takie były czasy. Nie mają sobie nic do zarzucenia. Tak przynajmniej wynika z bardzo wielu relacji. Warto pamiętać, że jednak tylko garstka Ukraińców brała w tym udział (wielu Ukraińców zginęło ze względu na opór, czy sympatyzowanie z ofiarami). Ale jednak tamte wydarzenia powinny dzisiaj zostać totalnie potępione, kult tamtych dowódców czy oddziałów powinien zostać zakazany, a przecież tak sie nie dzieje. Przeciwnie - cieszą się oni dużym uznaniem w Ukrainie zachodniej. Ostatnio w pobliżu Politechiniki Lwowskiej ponad pomnikiem Bandery wzniesiono 30-metrowy łuk tryumfalny (pogrążona w kryzysie Ukraina wydała na to ponad 1 mln dolarów).

Ok, wyładowałem się : ))

Jeszcze jedna rzecz - już na koniec.
Tematem numeru ostatniego Gościa Niedzielnego była kwestia Wandei, regionu w zachodniej Francji, który przed rewolucją francuską uchodził za najbardziej katolicki w kraju, a który został praktycznie wybity w czasie rewolucji, jako, że wstawił się za królem. Rozkazy mówiły dosłownie o ekterminacji - z kobietami i dziećmi włącznie - zginęło wtedy 200-500 tyś. wandeiczyków (stało się to inspiracją dla późniejszych zbrodniarzy, Lenin w 1917: Musimy eksterminować Kozaków. To jest nasza Wandea). Dzisiaj to temat tabu. Historycy, którzy o tym mówią, mają problemy. Można o tym przeczytać w artykule Wolność, Równość, Kłamstwo i Amnezja po francusku. Było to ludobójstwo dokonane przeszło 100 lat przed ludobójstwem Ormian w Turcji w czasie I wś., uznanego za pierwsze ludobójstwo współczesnej Europy, a będące solą w oku Turków. Ostatnio francuski parlament uchwalił ustawę o karaniu osób negujących... tamto tureckie ludobójstwo. Natomiast sygnatariusze rozkazów o eksterminacji Wandei (Robespierre, czy szerzej: przywódcy rewolucji) są powszechnie uwielbiani, nie tylko we Francji.


Kam dál